Amerykańskie trio – Wielki Kanion, Zion, Kanion Bryce’a

Wielki kanion - parki narodowe w USA

Parki narodowe w USA – WIELKI KANION, KANION BRYCE’A, ZION

Zachód Stanów Zjednoczonych słynie ze wspaniałych pomników przyrody nieożywionej. Surowy klimat Gór Skalistych wytworzył tam na przestrzeni wieków jedne z najbardziej niesamowitych form skalnych na świecie. Zapraszamy na relację z wycieczki do trzech parków narodowych zachodnich USA: Zionu, Kanionu Bryce’a oraz Wielkiego Kanionu. Surowe piękno, przestrzeń i siła przyrody emanująca z tych miejsc rekompensują z nawiązką konieczność przebywania wśród tłumu turystów z całego świata.

Punktem wypadowym naszej wycieczki było Las Vegas. Dolecieliśmy tam zatłoczonym samolotem Southwest Airlines z Baltimore (nic do żarcia oprócz krakersów). Stewardessa na pożegnanie życzyła wszystkim udanego urlopu i niecałkowitego spłukania się w salonach gier hazardowych. Nie z nami te numery – trudno chyba znaleźć osoby mniej podatne na hazard niż ja i moi rodzice. Przenocowaliśmy w „Toscany Suites & Casino”. Pełen luksus, ogromny pokój z kuchnią, basen, itd. – wszystko za jedyne $80 (inne ceny podaję w sekcji info). Hotel i tak zarabia przede wszystkim na kasynie.

Zion 

Atrakcją pierwszego dnia wycieczki był Park Narodowy Zion. Aby tam dotrzeć z Vegas należało przejechać ok. 250 km, ale to pikuś biorąc pod uwagę jakość amerykańskich autostrad. Pędząc interstate 15 na północny zachód opuściliśmy Nevadę, ścięliśmy malutki kawałeczek Arizony i wjechaliśmy do Utah. Zwiedzanie PN Zion zaczęliśmy od mniej znanej części zwanej Kolob Canyons. Wąwóz ten zwiedza się z auta, długość trasy wynosi ok. 15 km w jedną stronę, koniec wieńczy punkt widokowy z parkingiem. Olbrzymie czerwone skały sprawiają niesamowite wrażenie, a ruch turystyczny w tej część parku jest znikomy – większość zwiedzających wybiera główną, najbardziej znaną część Zionu. My oczywiście także mieliśmy w planach tam dotrzeć – z Kolob Canyons to tylko jakieś 60 km.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy – późnym popołudniem zajechaliśmy do głównej części PN Zion. Tam napotkaliśmy tłumy turystów i rozbudowaną infrastrukturę do obsługi tychże. Wsiedliśmy w darmowy autobus i pojechaliśmy na sam koniec Zion Canyon, do przystanku Temple of Sinawava. Stamtąd podążyliśmy spacerową ścieżką w górę North Fork Virgin River. Ściany kanionu, zbudowane z czerwonawego piaskowca porośnięte są pnączami i mchami, a co jakiś czas ze skały wypływają małe wodospady i łączą się z wodami Virgin River. Po ok. kilometrze kanion stał się wąski i dalsza droga możliwa była tylko w wodzie.

Zawróciliśmy. Resztę kanionu podziwiać nam dane było niestety tylko z okien autobusu, gdyż dzień już się miał ku końcowi, a jeszcze musieliśmy dojechać do jakieś miejsca z sensownym noclegiem. Okazało się jednak, że to nie koniec atrakcji. Przejazd samochodem z Zion do Mt. Carmel Junction to niemałe emocje. Trasa wspina się licznymi serpentynami stromo do góry a potem wchodzi do ponad kilometrowej długości tunelu. Z Mt. Carmel Jct. pojechaliśmy na północ, do miejscowości Orderville, gdzie przenocowaliśmy w przydrożnym motelu. Chociaż większość dnia spędziliśmy na zwiedzaniu PN Zion, to i tak okazało się, iż przejechaliśmy prawie 400 km – w USA wszystko jest w większej skali…

Zion to nie tylko, jak mogłoby się wydawać, miejsce dla niedzielnych turystów i spacerowiczów. W parku wyznaczono także cały szereg długodystansowych tras stanowiących wyzwanie dla prawdziwych twardzieli. Dystanse są znaczne, a słońce na tych szerokościach geograficznych przypieka mocno. Nie sprawdzałem, ale nie sądzę, aby te szlaki były specjalnie zatłoczone. Tłumy koncentrują się przy łatwo dostępnych z samochodu bądź autobusu atrakcjach.

Kanion Bryce’a 

Celem drugiego dnia wycieczki był Bryce Canyon National Park. Opuściliśmy Orderville i skierowaliśmy się na północ 89-tką, a potem 12-ką na wschód. Jeszcze przed dotarciem do Kanionu Bryce’a zatrzymaliśmy się na chwilkę w bardzo malowniczych Red Canyons – skałkach tak czerwonych jak logo Coca-Coli. Za Red Canyons wjechaliśmy w obszar PN Kanionu Bryce’a. Nazwa tego miejsca pochodzi od jego odkrywcy – szkockiego osadnika Ebenezera Bryce’a, który jako pierwszy dotarł do nieprawdopodobnego skalnego labiryntu nazwanego później jego imieniem. Ponoć Ebenezer po rozglądnięciu się okolicy stwierdził: „prz***bane miejsce żeby zgubić krowę”, po czym udał się w swoją stronę.

Kanion Bryce’a zwiedza się w sposób odwrotny niż Zion. O ile ten drugi kanion poznaje się od wnętrza, to Bryce Canyon objeżdża się po brzegu samochodem, podziwiając widoki w dół. Również tutaj są wytyczone piesze szlaki długodystansowe z możliwością rozbicia namiotu, przeznaczone dla wytrawnych piechurów. Jednakże większość turystów zalicza kolejne punkty widokowe za pomocą samochodu. My zaczęliśmy od Sunset Point, potem przespacerowaliśmy się kawałeczek do Sunrise Point skąd zeszliśmy trasą Queens Garden Trail trochę w dół kanionu, aby w końcu po zatoczeniu trzykilometrowej pętli wrócić do Sunset Point. Formy skalne na trasie zrobiły na nas ogromne wrażenie.

Wydaje się nieprawdopodobne jak przyroda zdołała wyrzeźbić takie dziwaczne skały, zwane hoodoos. Niektóre z nich przypominają głowy osadzone na cienkiej szyi, sprawiające wrażenie jakby w każdej chwili mogły się zawalić. Dalszą część zwiedzania zajęło nam objechanie kolejnych pkt. widokowych: Inspiration Point, Bryce Point, Farview Point i Swamp Point. Na szczególną uwagę zasługuje widok z Bryce Point na tzw. amfiteatr, często umieszczany na plakatach. Co nie oznacza, że pozostałe punkty nie są godne odwiedzenia – wprost przeciwnie!

Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do Jacobs Lake, miejscowości położonej już w Arizonie i leżącej po drodze do North Rim – północnego brzegu Wielkiego Kanionu. Licznik tego dnia wykazał nieco ponad 300 km – czyli spadek w stosunku do dnia poprzedniego…

Wielki Kanion – North Rim 

Z turystów odwiedzających Wielki Kanion Kolorado znacznie więcej wybiera South Rim niż North Rim, zapewne ze względu na dostępność i bardziej rozbudowaną infrastrukturę. My jednakże postanowiliśmy odwiedzić oba miejsca. Jacob Lake łączy z North Rim 45 mil drogi wiodącej przez piękne łąki i lasy sosnowo-świerkowo-brzozowe. Często widać tu ślady po pożarach – jak się później dowiedzieliśmy, nie są one czymś specjalnie szkodliwym. Występują w tej okolicy od zawsze i ekosystem jest do nich przystosowany. Leśnicy nie zwalczają ognia, lecz tylko pilnują, aby się zbytnio nie rozprzestrzenił. Na porządku dziennym są znaki przy drodze informujące kierowców aby nie zgłaszali pożaru, gdyż jest on pod kontrolą.

Wielki Kanion powstał na przestrzeni ostatnich 5–6-ciu milionów lat na skutek erozyjnego działania rzeki Kolorado. Do tej pory nie do końca wiadomo jak to się stało, że rzeka przebiła się przez środek wypiętrzonego płaskowyżu Kaibab, zamiast po prostu go opłynąć. W każdym razie efektem tego starcia żywiołów jest zdecydowanie największa dziura w ziemi jaką kiedykolwiek przyszło mi oglądać 🙂

Po dotarciu do North Rim Visitor Center ruszyliśmy na spotkanie Kanionu. Przestrzeń, przestrzeń, przestrzeń – miałem wrażenie, że stoję nad otchłanią. Kanion był trochę zamglony, ale to w niczym nie umniejszyło jego majestatycznego ogromu. W North Rim było spokojnie, turystów nie było zbyt wielu jak na takie miejsce. Oprócz wspomnianego Visitor Center w North Rim jest jeszcze kemping, stacja benzynowa, restauracja, bar szybkiej obsługi i Grand Canyon Lodge – imponujące schronisko na samym brzegu Kanionu. Polecam krótki (0,6 km w dwie strony) spacer do Angels Point ze względu na piękne widoki na Kanion.

Podobnie jak w Kanionie Bryce’a, kolejne punkty wycieczki zaliczaliśmy samochodem. Były to Point Imperial – najwyższe wzniesienie po północnej stronie (2683 m n.p.m.), Roosevelt Point i znajdujące się na samym końcu Valhalla Plateau punkty Cape Royal i Angels Window – nazwa tego ostatniego pochodzi od charakterystycznych skalnych „okien”. Zwiedzanie North Rim zakończyliśmy obiadem w barze szybkiej obsługi po czym rozpoczęliśmy objazd na południowy brzeg Kanionu. Wymaga to pokonania ponad 300 km – najbliższy most na Kolorado – słynny Navajo Bridge – jest dopiero w miejscowości Marble Canyon ponad sto kilometrów w górę rzeki. Najpierw wróciliśmy do Jacob Lake aby następnie stamtąd dojechać do Marble Canyon. Po drodze podziwialiśmy piękne widoki.

Mosty w Marble Canyon są dwa: oryginalny historyczny Navajo Bridge, obecnie nie używany, wybudowany w 1929 roku, oraz nowoczesny most datowany na rok 1995. Oryginalny most znacznie ułatwił poruszanie się pomiędzy Arizoną i Utah, przed jego zbudowaniem jedyną metodą przekroczenia Kolorado w tej okolicy było skorzystanie z mocno zawodnego promu w Lees Ferry.

Wieczorem dojechaliśmy do Cameron, szukając noclegu, ale nie było wolnych miejsc. W końcu spaliśmy w miejscowości Gray Mountain, która oprócz naszego motelu składała się jeszcze ze stacji benzynowej i sklepu z badziewną quasi-indiańską cepeliadą.

Wielki Kanion – South Rim 

Po drodze do South Rim, czyli południowego brzegu Wielkiego Kanionu zatrzymaliśmy się na chwilkę w Little Colorado River Tribal Park. Można tam pospacerować po skraju Kanionu Małego Kolorado oraz kupić mniej lub bardziej oryginalną indiańską pamiątkę na olbrzymim straganie. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej do właściwego celu tego dnia – South Rim.

Zwiedzanie południowej części Wielkiego Kanionu zaczęliśmy od wieży widokowej Desert View i sukcesywnie posuwaliśmy się na zachód odwiedzając kolejne punkty widokowe. Kanion robi jeszcze większe wrażenie niż z północnej strony – od południa wydaje się być jeszcze bardziej przepaścisty i ogromny. Tłumy turystów z całego świata oblegają punkty widokowe. Na południowej stronie Kanionu znajduje coś w rodzaju małego miasteczka nastawionego na obsługę turystów. Trasa wzdłuż Kanionu zajęła nam pół dnia, na koniec jeszcze podziwialiśmy kondory z tarasu Kolob Studio po czym rozpoczęliśmy powrót do Vegas. Pędziliśmy drogą nr 64 w stronę Williams, gdy zatrzymała nas policja za przekroczenie prędkości (było z górki, panie władzo…). Na szczęście policjant był przychylnie nastawiony i udzielił nam jedynie ostrzeżenia.

Tama Hoovera i Las Vegas 

Spędziwszy noc w Kingman w motelu sieci Econo Lodge kontynuowaliśmy podróż do Vegas. Po drodze czekała nas ostatnia atrakcja tej wycieczki – Tama Hoovera. Ta potężna konstrukcja pochodząca z lat 30-tych ubiegłego stulecia zapewnia wodę i częściowo elektryczność dla południowej Kalifornii, Arizony i Nevady, natomiast powstałe na wskutek spiętrzenia wody przez tamę jezioro Mead jest jednym z najpopularniejszych miejsc wypoczynku w okolicy. Niestety nie mieliśmy zbyt dużo czasu na czołowy amerykański zabytek techniki, gdyż jeszcze tego samego dnia czekał nas lot powrotny z Las Vegas. Dlatego nie zwiedzaliśmy wnętrza tamy, lecz tylko ograniczyliśmy się do oględzin zewnętrznych.

W Vegas mieliśmy jeszcze pół godziny, wiec przetoczyliśmy się przez główną aleję miasta (The Strip). Nie ma jak trochę kiczu – w Vegas jest miniaturka Paryża, Nowego Jorku i jeszcze kilku innych miast, zaś wiecznie żywy Elvis wyziera z każdego zakątka. Zdążyłem jeszcze wysłać Adze i Frankiemu zamówioną kartkę z królem rock’n’rolla po czym opuściliśmy stolicę hazardu i tym samym zakończyliśmy naszą krótką (aczkolwiek pełną wrażeń) podróż po południowym zachodzie USA.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *